Kalman Segal, „Exodus z Polski”

Kalman Segal

Exodus z Polski[1]

Wiele lat zastanawiałem się nad znaczeniem słów ojczyzna, dom. W jaki sposób zdobywa się nową ojczyznę? Nie jest to przecież to samo, co zdobycie nowej pary spodni, nowego krawata czy nowego plecaka. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, ponieważ nie lubię patetycznych słów. Tam [w Polsce[2]] nigdy nie używałem słowa „ojczyzna”. Ani w mowie, ani piśmie. Jeszcze dzisiaj czuję niechęć do mówców i pisarzy, dla których słowo to jest tworzywem codziennej pracy. Gdy zdarzało mi się słyszeć je tam, gdzie wcześniej żyłem, przypominała mi się historyczna anegdota o pięknej polskiej hrabinie Walewskiej i o francuskim cesarzu Napoleonie. Gdy Walewska po raz pierwszy weszła do jego sypialni i gdy energiczny Bonaparte zaczął rozpinać jej bluzeczkę, zapytała patriotycznie i pobożnie: A co będzie z moją ojczyzną, Wasza Wysokość?

Oczywiście, dla Żyda, który zdecydował się wyjechać do Izraela, był to problem innej natury. Przyjeżdżaliśmy przecież nie do nowej ojczyzny, lecz do starego kraju, który przez całe tysiąclecia był opuszczony i w okowach. Gospodarzył w nim ten, kto chciał i kto mógł – Babilończycy i Rzymianie, Grecy i Mamelucy, Egipcjanie i krzyżowcy, Turcy i Anglicy, nawet Napoleon postawił tutaj swoją nogę. To kraj, w którym mój pradziad – włóczęga, wiejski Żyd o zwyczajach nomadów, jak Beduin wędrował przez pustynię pasąc owce, a zawarłszy przymierze z Panem Wszechświata uprowadził piękne arabskie dziewczę i spłodził mu dziecko. Na górze Moria gotów był złożyć w ofierze pierworodnego syna, podobnie jak w niektórych miejscach robili tubylcy, a w Hebronie uczestniczył w aferze miłosnej ze swoją [przyszłą] żoną, moją prababką Sarą. Lecz przecież to wszystko to już stara historia, nieładnie obmawiać własnych ojców, co było to było – ważne, że był moim dziadkiem. A gdy się jedzie do dziadka, jedzie się do domu. Czyż nie tak?

Moją wcześniejszą ojczyznę – tę słowiańską, polską – opuściłem. Pewnej jesiennej nocy, wsiadłszy do pociągu pośpiesznego relacji Warszawa-Wiedeń, usadowiłem się przy oknie wagonu. Było mi ciężko, w sercu czułem niepewność. Jesienny deszcz zawsze działa na mnie przygnębiająco. Na peronie stało dwadzieścia osób, moi polscy przyjaciele i kilku zatroskanych Żydów, było ponuro, milczeliśmy, kilka kobiet zaczęło płakać. Nagle dostrzegłem obcego mężczyznę o smutnej twarzy, który, przecisnąwszy się do przodu, zatrzymał się przy drzwiach. G l i n a – powiedział ktoś cicho, a słowem „glina” określa się w Polsce milicjanta lub szpicla. On to usłyszał i obejrzał się.

– Miło z pana strony, że również pan przybył na ten pogrzeb. – powiedziałem do niego. – Proszę przekazać ode mnie pozdrowienia małżonce i naczelnikowi.

To mój obowiązek – odpowiedział. I dodał, uśmiechając się sztucznie – Bardzo mi przykro.

Roześmiałem się, nagle przestało mi być ciężko na sercu, wyciągnąłem do niego rękę i zacząłem go pocieszać.

– Proszę się nie przejmować, mnie również jest bardzo przykro. Wieczór jest chłodny, a pan bez płaszcza, jeszcze się pan, nie daj Boże, nabawi kataru.

Ktoś się roześmiał, szpicel wydał mi się sympatyczny, poczułem litość dla tego biednego funkcjonariusza inkwizycji.

– Życzę panu szczęścia, – powiedział ściskając moją rękę – z całego serca tego panu życzę.

I już zaczął się wycofywać, odszedł, lecz nim zmieszał się z tłumem jeszcze długo machał do mnie ręką. Dlaczego przyszedł? Dlaczego odszedł?

Dzień wcześniej załatwiałem formalności w wielkiej hali urzędu celnego. Formularze, zezwolenia, ustalenia i tysiąc innych papierków oraz spór z urzędnikiem o to, co można ze sobą zabrać, a czego nie wolno. Przyszedł naczelnik w mundurze ze złotymi guzikami, obwąchał papierki, zrugał podległego mu celnika i milcząc popatrzył ma mnie. Ja również przyglądałem mu się w milczeniu. I nagle obaj równocześnie wybuchliśmy śmiechem.

– W starożytnym Izraelu nienawidzono celników. – powiedziałem. – Pogardzano nimi. A jednak jeden z nich został apostołem, uczniem Jezusa z Nazaretu.

– Awansował na świętego, ponieważ nie brał łapówek – wyjaśnił mi naczelnik. – Ja również nie biorę.

– Najgorsi są ci, co nie biorą. – odrzekłem.

Usiedliśmy na drewnianej skrzyni i zapaliliśmy.

Wyjeżdża pan. – powiedział – Obraził się pan za te głupie historie o syjonistach i imperialistach. Rozumiem, nikt nie powinien nikogo obrażać, to nie honorowo. Każdą obrazę należy zmyć z siebie jak błoto, lecz wyjeżdżać pan nie musi. Nie jest pan przecież pewien, czy tam, dokąd pan zmierza, znowu pana nie obrażą. Świat jest wszędzie taki sam.

– W jaki sposób powinienem się obmyć? – zapytałem – Wodą? Mydłem?

Naczelnik podniósł się z miejsca, wyprężył się służbowo jak podoficer na defiladzie i rzekł:

– Daj mi w zęby, dobrodzieju, to pana uspokoi. Będzie pan usatysfakcjonowany i pójdziemy napić się piwa.

Poruszyły mnie jego słowa. Uścisnąłem mu dłoń i odpowiedziałem:

– Ekscelencjo! Kończmy czym prędzej ten burdel, piwa pić nie będziemy, pójdziemy napić się wódki. Wypijemy dzisiaj morze okowity.

Zdjął swój oficerski płaszcz, wlazł do otwartej skrzyni i zaczął pakować moje książki, obrazy, maszynę do pisania, gitarę, majtki i koszule, a także lisie futro, które wziąłem, ponieważ powiedziano mi, że na górze Moria pada śnieg.

Następnej nocy byłem już w Wiedniu. Pomiędzy Katowicami a czeską granicą wszedł do przedziału oficer służby granicznej. Podałem mu mój nieszczęsny paszporcik, wydrukowany specjalnie dla Żydów i Niemców, którzy emigrują z Polski. Paszport był zaopatrzony w klauzulę: „Nie uprawnia do powrotu”.

Oficer spojrzał na fotografię w dokumencie, a potem na mnie. Widocznie moje nazwisko nie było mu całkiem obce:

– Przykro, że również pan wyjeżdża. – powiedział tonem współczucia.

Otworzyłem plecak do kontroli. Lecz on nie chciał go sprawdzać i również życzył mi powodzenia.

Całą noc wiał wiatr, deszcz spływał po szybie okna. Rozmyślałem, dręczyłem się myślami, nie czułem w sobie ani odrobiny radości. Zaiste, cały świat stoi teraz przede mną otworem, lecz – czym jest ten wolny świat? Inną formą oszustwa? Innym rodzajem iluzji?

Zasnąłem, a wtedy pojawił się mój sąsiad Rozenberg i powiedział:

– Zanim wyjedziesz, pokłoń się nisko. Pokłoń się przed twoim domem, podziękuj mu, ponieważ tutaj żyłeś, było ci tutaj dobrze, tutaj byłeś szczęśliwy. Być może nigdy już nie będziesz mieszkał w takich przyjaznych kątach.

Pokłoniłem się przed każdym kątem, podziękowałem. Mój pies chodził za mną, patrzył na mnie swoimi mądrymi oczyma, dzisiaj tak smutnymi i niespokojnymi – cicho płakał, ponieważ już dawno zrozumiał, że dzieje się coś niewesołego. Żal mi było go opuszczać. Był mądrym psem, dobrym, wiernym. Pewnego razu wyjechałem na letnisko, zostawiając go u sąsiada. Nie było mnie w domu przez cały tydzień, a on przez cały tydzień nie chciał jeść. Gdy wróciłem, ledwo zipał, szczekał na mnie żałośnie, szczerzył kły. Był obrażony, nie pozwalał się dotknąć, walczył ze mną i przeklinał w swoim psim języku, a ja milczałem, bo czułem się winny. W końcu przebaczył mi, przyniósł w zębach skórzaną smycz, abym poszedł z nim na spacer. Teraz znów go zostawiłem, tym razem już nie wrócę za tydzień, tym razem nie wrócę już nigdy.

Tak śniłem owej nocy w wagonie, który zmierzał w stronę czeskiej granicy. Najpierw przyśnił mi się psiak, a potem ujrzałem towarzysza Wiesława. Wygłaszał wielkie przemówienie, głos miał chrapliwy, chwilami piszczący jak na jawie, mówił i mówił, wielkie jupitery oświetlały bladą twarz pierwszego sekretarza, jego łysina połyskiwała metalicznie. Jego głowa wyglądała na ekranie telewizora jak wielkie jajo, tak zdeformowanego ujrzałem go we śnie. Z kącików ust sączyła się pienista ślina, bardzo się męczył, był bardzo zdenerwowany tego dnia, krzyczał, ostrzegał, groził. Szybko pojąłem, że szykuje się jakaś afera, że oto zrobią komuś jakieś świństwo, ponieważ im głośniej krzyczy przywódca, tym więcej kłamstw ma do sprzedania. O tym pamięta się nawet we śnie. Przemówienie było ideologiczne, powoływał się jak zwykle na materializm dialektyczny, na dialektykę marksistowską, przypominał o leninowskiej czujności, wierności sztandarom klasy robotniczej, jedności partii, zjednoczonych szeregach. Mówił jeszcze więcej – o widmie imperializmu i reakcji, o kapitalizmie, syjonizmie, agenturze syjonistycznej, żydowskiej piątej kolumnie, mordowaniu bezbronnych arabskich dzieci i kobiet oraz o innych okolicznościach. Wszystko pięknie pomieszał, doprawił kosmopolityzmem, izraelską agresją, faszyzmem i neofaszyzmem, Rotszyldem i amerykańskimi milionerami wyznania mojżeszowego – teraz już nie spałem, już nie śniłem, towarzysz Wiesław obudził mnie swoim krzykiem, wyrwał mnie ze snu. A pociąg rytmicznie toczył się ku czeskiej granicy. Nie otwierałem oczu, bo co to pomoże, czy będę miał je otwarte czy zamknięte. Od czasu, kiedy wygłosił to przemówienie, jego głos bez przerwy dźwięczał w moich uszach, nie mogłem się uwolnić od tego wspomnienia.

Spróbowałem zajrzeć w głąb mojego zdeprawowanego wnętrza, w głąb moich najgłębszych przekonań i uczuć, w moją pozbawioną charakteru bezideowość. Rozpocząłem małe śledztwo przeciw sobie samemu. Ty stary zbrodniarzu, rzekłem do siebie jak prawdziwy oficer śledczy do prawdziwego przestępcy, ty przeklęty reakcjonisto, jesteś zgniłym imperialistą, nie kochasz pierwszego sekretarza, nie kochasz polskiej ojczyzny, jesteś kontrrewolucjonistą, nacjonalistą wyznania mojżeszowego. Ty stary koniu, dopiero co płakałeś słuchając płyty z melodię Kol Nidre! Od takich rzeczy zaczyna się dekadentyzm i zdrada. Najpierw przychodzi wzruszenie estetyczne, potem człowiek czyta Pismo Święte, by stopniowo dojść do szowinistycznego kultu Mosze Dajana. Takie oto kazanie wygłosiłem sobie po cichu i oczywiście spróbowałem się bronić: zawsze miałem poglądy internacjonalistyczne, byłem za tym, by Żydzi, idąc za przykładem Mojżesza, wiązali się przez małżeństwo z Beduinami, przecież to nasi kuzyni. Prawda, że w młodości bywałem bardzo dumny z tego, że Salomon był naszym królem, jednak moja sympatia do niego wzięła się jedynie z powodu jego zamiłowania do trzech dobrych rzeczy – poezji, wina i kobiet. Jednak nie byłem nacjonalistą, nie byłem syjonistą, terytorialistą, nie byłem komunistą, trockistą, socjalistą, syndykalistą, nigdy nie byłem nawet filatelistą – czego więc chce ode mnie ten Towarzysz Numer Jeden?

Wiesław walił pięściami w stół, mikrofony radiowe kiwały się jak w czasie wichury, z przemawiających w podnieceniu ust spadały drobinki piany, pot spływał mu po twarzy. Ponad trybuną błyszczała genialna łysina towarzysza Lenina, również i jego głos był skrzekliwy, a Karol Marks spoglądał na mnie złym wzrokiem, on też mnie nienawidził. Młodzi faceci ze Służby Polsce i ZMP bili brawo: „Żydzi do Palestyny” i „Precz! Precz!”, a potem „Niech żyje Wiesław!” Nagle zrobiło się ciepło, nagle zrobiło się gorąco, a ja poczułem, że upadłem trafiony, że trafiony upadłem, chciałem być mały, mały, jeszcze mniejszy, aby nikt mnie nie widział, aby nikt mnie nie zauważył – ponieważ zdekonspirowali mnie, zdarli maskę z mojej twarzy. Zacząłem się bać. Inni ludzie mają więcej szczęścia niż ja, rodzą się bohaterami lub nie rodzą się w ogóle, a ja wciąż żyję w strachu. Boję się mundurów, przywódców, politykierów, intrygantów, moralizatorów, pierwszych sekretarzy i drugich sekretarzy, boję się wielu ludzi, do tego stopnia, że wtedy, tego dnia, gdy tak mocno opanował mnie strach, zacząłem uciekać. Rzeczywistość wyglądała jak koszmarny sen – a jak wyglądały wtedy moje sny, nie warto opowiadać.

Akurat ulicą przechodziła demonstracja, ludzie głośno krzyczeli: „Wol-ność! Wol-ność!” – to wszystko przypominałem sobie w pociągu do Wiednia, pół godziny przed czeską granicą. Przestałem biec i poszedłem razem z nimi, z demonstrantami. Nie z powodu mojej waleczności, broń Boże, lecz po prostu w grupie było mi raźniej, chciałem zatracić się w tłumie. Maszerowałem wraz z krzyczącym, naiwnym pochodem. Było tam wielu studentów, przyszli również robotnicy: okrzyki, transparenty z żądaniem wolności, wolności słowa, wolności dla Mickiewicza, i – „Precz z antysemityzmem!” Wyszli z uniwersytetu i poszli w kierunku budynku Partii. Gdy już było niedaleko, nadjechała kolumna wozów ciężarowych milicji i służby bezpieczeństwa oraz wielki, kryty wóz z dwiema wieżyczkami. Nie wiedziałem, że jest to armatka wodna. Zaczęli strzelać wodą, zaparło mi dech, ludzie padali na chodnik – taką siłę miała ta woda – a tu już zbliżała się tyraliera milicjantów, którzy bili kolbami. Potem zbierali mokrych demonstrantów z ziemi i wrzucali do zakratowanych wozów, robili to bardzo zgrabnie, z doświadczeniem. Demonstracja została rozpędzona, kto miał szczęście i siłę w nogach, ten uciekł. Tym, których aresztowano, dano w kość, potem wielu z nich wypuszczono. Śledztwo dowiodło, że antypaństwową demonstrację zorganizowali syjonistyczni prowokatorzy żydowskiej wiary.

A potem przez długi czas każdego dnia rano w drodze do pracy patrzyłem na drzewa i na słupy elektryczne i dziwiłem się, że naród polski tak obojętnie przyjął przemówienie towarzysza Wiesława i kilometrowe artykuły w prasie, radiu i telewizji. Głuchy i obojętny pozostał polski naród na krzyki Gomułki o syjonistycznych wrogach, gdyż przeminęła kolejna noc, a – mimo wezwania Towarzysza Numer Jeden – nie powieszono ani jednego Żyda i w żadnym żydowskim domu nie wybito szyby. A w niedzielę…

W niedzielę rano Jego Eminencja Kardynał wygłosił kazanie w kościele Zbawiciela. Wznosząc ręce do nieba powiedział: – Bracia chrześcijanie, uklęknijmy i pomódlmy się za naszych braci Żydów, za ich pokój, tutaj i na całym świecie. – Tak powiedział w niedzielę rano, a już nazajutrz cała Polska usłyszała jego słowa na falach zachodnich radiostacji. Usłyszał je również towarzysz Wiesław i – jak opowiadały dobrze poinformowane kręgi –dostał z tego powodu straszliwego ataku wściekłości, a Zosia, jego żydowska żona, całą noc robiła mu kompresy, lecz nikt już nie wiedział czy zimne, czy ciepłe.

A tymczasem pociąg mój przybył do polsko-czeskiej stacji granicznej, było prawie pusto i prawie ciemno, jedynie kilku pracowników kolejowych kręciło się na peronie wymachując latarkami. Było tu także kilku celników – na tej stacji co rusz wysadzano kogoś z wagonu, by go ponownie zrewidować i narobić kłopotu. Otworzyłem okno przedziału: przy stercie plecaków siedziała kobieta z dziećmi – prawdopodobnie była to Żydówka. Pracownik kolejowy pocieszał ją mówiąc, że wszystko się wyjaśni, że pojedzie drugim pociągiem, przecież się nie pali. Dawał jej przy tym do zrozumienia, że ludzie są tylko ludźmi, każdy chce żyć. Kobieta odetchnęła swobodniej, każdy chce żyć, to znaczy, że tutaj biorą łapówki, gorzej by było, gdyby nie brali.

Pociąg znowu ruszył. Rano byliśmy już na austriackiej granicy. Trochę później, na wiedeńskim dworcu, zjedliśmy pierwsze śniadanie na koszt Agencji. Zapisano nasze dane i uprzejmie zaproszono do autobusu. Pojechaliśmy do Schönau, zrujnowanego średniowiecznego zamku, porośniętego dziką trawą. Wewnątrz śmierdziało nieco zatkaną kanalizacją, żelazne łóżka kleiły się z brudu, skrzypiąca podłoga, myta jeszcze przed pierwszą wojną światową, była nierówna. Jedynie austriacki oficer przy bramie był nowiusieńki, jak spod igły, świeży i wypucowany. Przyjemnie było na niego popatrzeć.

 

Z jidysz przełożyła Magdalena Ruta

Tekst ukazał się [w:] Archiwariusz zabitego miasteczka. Rzecz o Kalmanie Segalu, red. Tomasz Chomiszczak, Sanok 2008, s. 100-106.

[1] Tytuł oryginału Jecjes Pojln, [w:] Alejnkajt [Samotność], Jerozolima 1977, s. 92-101.

[2] Uwagi w nawiasach kwadratowych – M.R.