Kalman Segal, „Opowieść o bożych cudach”

Kalman Segal

Opowieść o bożych cudach[1]

Wydarzenia te miały miejsce nad szeroką rzeką. Tak szeroką, że z jednego brzegu ledwo można było dojrzeć twarze ludzi po drugiej stronie.

Brzeg po naszej stronie był wysoki i stromy, a my staliśmy w dole na stercie grubych pniaków, zanurzonych lub sterczących z wody. Był wśród nas handlarz drzewem, który twierdził, że część tych pni ma już około tysiąca lat.

Pniaki spławiane rzeką zatrzymywały się w tym miejscu, nasuwając się jeden na drugi, aż wyrosła cała góra, która wyglądała jak gigantyczna, surrealistyczna rzeźba. Naszym, więźniów miejscowego łagru, zadaniem było posegregować je.

Na stromym brzegu stał pociąg towarowy z otwartymi wagonami, a my każdego dnia zapełnialiśmy pniami drzew kilkadziesiąt takich wagonów. Tam, na górze, była także wielka elektryczna maszyna z długimi żelaznymi ramionami, które wędrowały w górę i w dół, w górę i w dół, wyciągając z wody ciężkie kloce. Ludzie w dole, polscy Żydzi zesłani na Syberię, obwiązywali kloce łańcuchami, a elektryczny golem wyciągał je i ładował do wagonów.

Nadzorca Rosjanin, nie jakiś tam więzień, lecz wolny człowiek, zapisywał wielkim ołówkiem nasze zasługi dla przemysłu drzewnego wielkiego Związku Radzieckiego. Im więcej kloców, tym większe zasługi. Z każdym pniem rósł poziom życia klasy robotniczej… Wyraźnie czuliśmy to na własnej skórze. W naszych codziennych racjach chleba było coraz więcej trocin z syberyjskich sosen.

Nadzorca, który tańczył wokół wagonów wypełnionych klocami, to były więzień, który zdążył już odsiedzieć i odpracować całe piętnaście lat za to, że kiedyś po pijanemu i stwierdził, iż towarzysz Stalin jest rudy i farbuje wąsy. Towarzysz Stalin poczuł się urażony i skazał go na mocy paragrafu o farbowanych wąsach. Istniała jeszcze druga wersja, ale o tym później.

Odsiedziawszy swoje, został tutaj jako naganiacz, rodzaj naczelnika. Gdy się napił, wciąż lubił opowiadać o towarzyszu Stalinie, jednak z większym szacunkiem.

Pewnego dnia zepsuła się maszyna, która podnosiła kloce. Był koniec lipca, dopiero co stopniały resztki śniegu, a brzeg był mokry i śliski. Podczas pięknych dni coraz bujniej rozrastały się soczyste liście pokrzyw, z których gotowano nam zieloną zupę, same kalorie. Gdy liście zmiękły, rozlewano to, co rzadkie, wyrzucając to, co gęste, ponieważ taki posiłek nie nadawał się dla ludzi. Gdy jeden spróbował, to tak mu wykrzywiło gębę, że potem nie mógł zamknąć ust.

Maszyna zepsuta. Kloce moczą się w wodzie jak ryba w galicyjskim rosole. Siedzimy na stosie drzew i patrzymy w dół. My, to znaczy kilkuset więźniów, prawie wszyscy to polscy Żydzi, uchodźcy, którzy uciekli przed Hitlerem i wpadli w szeroko otwarte ramiona towarzysza Stalina, aby wspomóc go w budowaniu socjalizmu w syberyjskich kurortach, zwanych katorgą. Kazano nam siedzieć, to siedzieliśmy. Rozumieliśmy ideologiczne cele, którymi nas zaszczycił nas towarzysz Stalin.

W łagrze przebywali także dwaj prawosławni Rosjanie. Gdy rozpoczynali swoją odsiadkę, w Rosji panował jeszcze car Aleksander II. Czekali, aż towarzysz Stalin sam pojawi się w obozie, by wręczyć każdemu z nich złoty medal. Prowadzili przy tym nieustanny spór, kto jest większy: Pan Bóg czy batiuszka Stalin.

Nadzorca stał na górze obok wagonów i rwał sobie włosy z głowy. Gdy maszyna stoi, nie zostanie wyrobiona norma, a gdy norma nie będzie wyrobiona, nie dadzą więźniom nic do żarcia, a gdy więźniowie nic dzisiaj nie zjedzą, jutro nie będą mieli sił do pracy. Jego, nadzorcy, też za to nie pobłogosławią.

Nagle pojawił się na górze osobnik w mundurze, w lśniących oficerkach i z czerwoną gwiazdą na czapce. Galopując na koniu wyglądał jak generał. Powiedział coś do nadzorcy, który po chwili zszedł ku nam powoli, by wyrzucić z siebie szybką serię przekleństw pod adresem naszych matek i babek za to, że siedzimy i nie pracujemy. Państwo czeka, partia czeka, wszyscy czekają, aż wyrobimy normę, bo jeśli nie, to świat się zawali, załamie się gospodarczy plan podniesienia stopy życiowej klasy robotniczej, inteligencji pracującej w zwycięskim kraju socjalizmu i w ogóle na całej kuli ziemskiej.

Słuchaliśmy w wielkiej powadze, z wielkim smutkiem na twarzach. Nasze miękkie żydowskie serca litowały się nad proletariatem kapitalistycznej Ameryki, który haruje tak ciężko na kawałek chleba. Oni, robotnicy z Ameryki – twierdził nadzorca – nie zasłużyli, aby pracować razem z nami, w dobrobycie i radości, w takim pięknym krajobrazie, przy osławionych syberyjskich klocach, które stworzył Pan Bóg, co dziś jest już nie do pomyślenia. Jednak pewnego pięknego dnia – zapewniał nas – wyzwolimy ich i ześlemy wszystkich na Kamczatkę.

W taki sposób nadzorca dodawał nam otuchy i wzmacniał naszego ducha. Potem ustawił przy każdym klocu około trzydziestu mężczyzn i kazał wciągać je na górę, do wagonów. Sam też przy tym pomagał.

Był ten nasz nadzorca człowiekiem o dwóch duszach. Jedna współczuła, litowała się nad nami, ponieważ on sam był kiedyś niewolnikiem takim jak my. Gdy widział, że któryś z więźniów chwieje się i pada martwy, zdejmował czapkę i żegnał się znakiem krzyża. Potem liczył, ile ów człowiek mógłby jeszcze żyć, gdyby nie był zamknięty w łagrze. A jeśli był to żołnierz, wyliczał na palcach, ile lat zmarły pozostał dłużny zarządowi gułagu.

Tą oto duszą polecił nam wciągać kloce na górę. W zębach mielił dziwne przekleństwa przeciw Duchowi Świętemu i przeciw temu skurwysynowi, który galopował na koniu.

Druga dusza była duszą niewolnika, który na końcu stał się poganiaczem niewolników. Ślepo wypełniał wszystko, co pan mu polecił, kłaniając się przed nim jak przed Bogiem.

Aby pogodzić obie dusze, stanął w szeregu, chcąc wspomóc nas swoimi silnymi rękoma.

I rzeczywiście nam pomógł.

Więźniowie stękali i krzyczeli. Po krzyku poznawano, kto przykłada się z całych sil do tego przeklętego drzewa. A że on jęczał jak Żydówka, która rodzi, albo jak grzesznik, którego sieką rózgami, zaraz poznaliśmy, że się nie wysila, ponieważ ten, kto na prawdę pracował, nie krzyczał, tylko zipał resztką sil.

Oprócz tysiącletnich kloców, które mieliśmy wciągnąć na śliski brzeg, ciągnęliśmy także ze dwie dziesiątki starych i chorych Żydów, którzy, pozbawieni sił, przyrastali do kloca, aby ten wlókł ich ze sobą. Niechaj nie maja mi za złe, że im to przypominam.

Z Bożą pomocą przesunęliśmy kloc kilka metrów, ale właśnie wtedy nadzorcy zachciało się obetrzeć pot, który zalewał mu twarz i oczy; i gdy tylko na chwilę cofnął rękę od pniaka, zdarzyło się nieszczęście: wszyscy wraz z klocem wylądowaliśmy w wodzie.

Pewien ekonomista-marksista próbował nam później wyjaśnić, że nieszczęściu temu winna jest ziemia, która przyciąga nas do siebie, to jednak było kłamstwem, ponieważ w dole wcale nie było ziemi, tylko rzeka.

*

Co się stało z elektryczną maszyną, nie wiem. Być może do dzisiaj rdzewieje tam, gdzie stała. A może rozebrano ją na części i odesłano do fabryki, aby zrobić z nich zegary ścienne – prezenty dla stachanowców. Dlaczego nie wiem? Ponieważ po tygodniu przewieziono nas do innego łagru, położonego już nie nad rzeką, lecz w tajdze, skąd wywożono drzewa saniami przyczepionymi do traktorów.

Nowy łagier niewiele różnił się od poprzedniego. Nadzorca o dwóch duszach poszedł za nami, więc wkrótce poczuliśmy się jak w domu. Kto miał umrzeć, umarł, a kto miał żyć – żył.

Jednak była pewna różnica między starym a nowym obozem: wszy było tutaj zdecydowanie więcej. Niestety, nie policzyłem ich, ale ów ekonomista-marksista, który twierdził, że ziemia nas przyciąga, zajmował się statystyką. Lubił liczyć – drzewa, gwiazdy, wszy – a wszystko metodami naukowymi. Taki był z niego wariat.

Wszy było nam żal, ponieważ głodowały jak my, więźniowie. W naszych żyłach nie było już ani kropli krwi, gdyż byliśmy chudzi jak wióry. Gdy wiało, unosiliśmy się w powietrzu. Jeden z nas zawisł kiedyś na drzewie, ponieważ zaczepił o gałęzie. Mimo tego wszy gryzły nas bez litości. Poszliśmy o zakład, kto prędzej zdechnie – my czy one.

Pewnego razu nasz nadzorca o dwóch duszach upił się. Było to w przededniu pierwszego maja, gdy przyszedł do baraku studiować z nami rozdział z Marska-Engelsa-Lenina-Stalina. Mówił także o wrogach narodu dowodząc, że cały świat stoi na walce klas. W tej walce rację ma tylko jeden człowiek: towarzysz Stalin. Gdyby nie miał racji, Bóg by go nie wspierał…

Gdy zapytaliśmy nadzorcę, czy kiedyś widział towarzysza Stalina, opowiedział nam historyjkę, jak to on i Stalin siedzieli sobie na tej samej ławce w wielkim moskiewskim parku. Towarzysz Stalin palił fajkę i czytał gazetę. Ponieważ on, nadzorca Wańka, nie miał przy sobie papierka, aby zapalić machorkę, zwrócił się do towarzysza Stalina z prośbą, aby dał mu kawałek gazety. Towarzysz Stalin dał mu całą „Prawdę”, mówiąc: „Brieszut, sukini dieti! Łżą, sukinsyny!”, po czym wyjął z płaszcza butelkę wódki, wypluł korek i rzekł do nadzorcy Wańki: „Nu, Wańka, wypijes… No, Wańka, wypijem…” Skąd Stalin wiedział, że nadzorca ma na imię Wańka? Towarzysz Stalin wie wszystko. Gdy już wypili całą butelkę, pojawili się dwaj milczący panowie, wzięli Wańkę pod ramię, zaprowadzili go wprost do więzienia, a stamtąd do łagru. To była ta druga wersja, jak go aresztowano.

Nadzorca zapatrzył się w czerwono-żółty ogień, który płonął w żelaznym piecyku, a jego pijany umysł zaczął snuć fantazje: Gdy towarzysz Stalin śmieje się, – opowiadał – drżą szyby w całym mieście! Gdy tańczy kazaczoka, wszyscy sądzą, że to trzęsienie ziemi. Lecz on nie tańczy, bo nie ma czasu. Również rzadko sypia z kobietami – jedynie dwa razy w tygodniu, raz z zakonnicą i raz ze stachanówką. Robi to raz-dwa, by zaraz potem znowu zabrać się do swoich książek. Tym sposobem przeczytał wszystkie książki świata i zrobił z nich jedna małą książeczkę, którą można schować do kieszeni – to Krótki kurs…  Reszta nic nie jest warta.

Leżeliśmy na ciepłej, drewnianej podłodze i nieustannie ziewając słuchaliśmy opowieści nadzorcy. A on już był na Kremlu. W gabinecie towarzysza Stalina – mówił dalej – stoi luneta, przez którą ogląda gwiazdy. Kiedyś, zgodnie ze swoim zwyczajem, patrzy, co tam słychać na niebie i widzi, że brakuje jednej gwiazdy. Po prostu nie ma. I to akurat tej, którą lubił. Na pewno ukradli mu ją imperialiści. Każe więc zadzwonić do komisarza spraw lotniczych i polecić mu, by pożegnał się z rodziną i niezwłocznie przybył. Ten jednak przyszedł dopiero za godzinę, bo najpierw poszedł do popa, aby wyspowiadać się przed śmiercią. Szybko przystąpiono do rzeczy: „Czym ma się zajmować awiacja Związku Radzieckiego?” – zapytał towarzysz Stalin. „Pilnowaniem radzieckiego nieba.” – odpowiedział ów człowiek. „A ty, co robiłeś?” – zapytał towarzysz Stalin. „ Najpiękniejszą gwiazdę z naszego nieba sprzedałeś imperialistom”. Po czym nacisnął guzik, wzywając sierżanta:

Rastrieliat niemiedlienno! Rozstrzelać natychmiast! – rozkazał.

Nazajutrz Związek Radziecki miał już nowego komisarza do spraw awiacji, który również był dobrym synem Partii.

Także tej nocy, jak zawsze od czasów frontowych, towarzysz Stalin położył się spać w butach. Gdy tylko zamknął oczy, zapukano do drzwi. Kto tam? Aha, przewodniczący Astronomicznej Akademii Naukowej. Dowiedział się, że towarzysz Stalin szuka gwiazdy. A zatem przyszedł obwieścić mu, że ją znalazł… Wysłuchawszy go Stalin ponownie wezwał sierżanta i rozkazał mu:

Rastrieliat!

Profesor padł na kolana, błagając o litość, ale to nic nie pomogło.

– Radziecka nauka zawsze musi być na czasie, – w sposób dialektyczny wyjaśnia mu towarzysz Stalin – nigdy nie może się spóźniać.

Gdy nadzorca zakończył swoją opowieść, jeden z pilnujących nas żołnierzy wziął go pod ramię i wyprowadził. Od tamtej pory już go więcej nie widzieliśmy. Dobrym był człowiekiem ten nasz prawosławny nadzorca.

*

Niespodzianki w łagrze także się zdarzały, chociaż rzadko.

Pewnego mroźnego przedpołudnia wyruszyliśmy do pracy. Śnieg skrzypiał pod nogami, a my jeden za drugim przemierzaliśmy trasę długości około piętnastu kilometrów. Mieliśmy za sobą już połowę drogi, gdy ujrzeliśmy dwie osoby. Jeden to tłusty, nażarty facet w wełnianym mundurze, lecz już bez metalowych guzików i bez blaszanej gwiazdy na czapce. Na nogach wciąż nosił lśniące oficerki, a na plecach – plecak z prowiantem. Za nim szedł stary chłop z mobilizacji, z karabinem w ręku. Było jasne, że prowadzi nowego więźnia do łagru.

Mój wspólnik od piły, krawiec z mojego miasteczka, zapytał:

– Poznajesz go?

– Trochę poznaję, ale nie wiem, kim jest.

– To ten złośliwiec, – powiada mój kompan – naczelnik na koniu, który kazał nam wciągać pniaki aż do nieba. Powiedz sam, czy nie ma Boga na tym świecie?

Były naczelnik dostał ciężką, zardzewiałą siekierę i piłę z połamanymi zębami, a nazajutrz pognano go wraz z innymi do pracy.

Mijały tygodnie. Były naczelnik pocił się, by wyrobić normę. A to już było dużo trudniejsze niż rozkazywanie, by inni wciągali kloce drzewa aż do nieba. Udawało mu się, bo był nażarty i nawet przy małej porcji cieczy, którą dostawaliśmy przez kuchenne okienko, miał jeszcze siłę snuć swoje opowieści. Raz w miesiącu dostawał z domu paczkę.

Tym, co w niej było, nikogo nie częstował. Jedynie komendantowi łagru zaniósł kiełbasę, za co tamten pozwolił mu trzymać prowiant w swoim pokoju, aby nocą nie mieli do niej dostępu więźniowie.

A jednak zdarzyło się, że…

Syberyjskie obozy objeżdżała komisja składająca się z wysoko postawionych osób, które sprawdzały higienę. W obozie socjalistycznym, gdzie życie każdego więźnia jest tak drogie, musi być czysto, musi lśnić z czystości. Ci wysoko postawieni ludzie nie pytali o jedzenie, nie patrzyli na robaki w niesolonych rybach, na brudne uszy świńskie i na wióry w chlebie. To nie jest kwestia higieny, to sprawa polityczna. Higiena, według nich, to drewniana podłoga w na poły pustym magazynie spożywczym dla więźniów. To ona ma być tak czysta, żeby można było jeść z niej kaszę bez talerza.

Zanim przyszła komisja, komendant łagru wezwał do siebie mojego kompana od piły – krawca. Był to człowiek niziutki i chudy, ważył może półtorej pudy. Gdy w tajdze wiało, krawiec brał również moja siekierę, chcąc zyskać dodatkowe kilogramy, aby wiatr go nie porwał. Wiecznie chwalił się, że potrafi uszyć tysiąc par spodni w ciągu jednego dnia. Można było z tego wywnioskować, że nie był wcale krawcem, lecz blagierem. A już na pewno nie był drwalem. Nie miał do tego talentu.

Jego to wezwał komendant, wręczył wiadro, szmatę i wielki nóż do skrobania podłogi, po czym polecił zaprowadzić higienę w magazynie żywnościowym. Gdy go tam zamknięto, zaczął skrobać. Najpierw się jednak rozejrzał, szukając oczyma, co by tu ukraść? Najbardziej kusił go chleb, ale chleb z pewnością był policzony, trzeba więc było poszukać czegoś innego. Szukał tak długo, aż znalazł, a gdy już znalazł, nie myślał więcej czy policzone. Stała tam skrzynia z wielkimi, solonymi rybami, może dla kierownictwa, a może dla strażników z okazji pierwszego maja. Ryby były zmrożone i jak pancerz pokrywała je gruba warstwa soli. Krawiec polizał – sama rozkosz, aż pojaśniało mu w oczach. Prędko zdjął buta i wsunął rybę pomiędzy szeroką cholewę a nogę. Potem zdjął drugiego buta i ukrył jeszcze jedną rybę. Teraz już mógł się zabrać za higienę. Polał podłogę wodą, pomazał szmatą i zaczął skrobać. Najpierw z jednej strony, potem z drugiej. W ten sposób przepracował cały dzień i gdy komendant przyszedł przed nocą, omal nie pękł z radości, taka czysta, taka biała była podłoga. Nawet podarował krawcowi całą paczkę machorki.

Mogłoby się wydawać, że krawiec wyszedł z magazynu szczęśliwy, jednak daleko mu było do szczęścia. Od kontaktu z ciepłymi nogami zamarznięte ryby roztajały. Sól rozpłynęła się, a buty wypełniła słona bryja, która paliła i szczypała. Ości wielkich ryb wbijały się w żywe ciało, przysparzając krawcowi piekielnych mąk. Cierpiał tak aż do wieczora, a łzy same płynęły po jego bladych policzkach.

Wróciwszy z pracy więźniowie wyżłopali odrobinę balandy i padli jak martwi na zawszone prycze. Wokół pieca unosiła się gęsta para z mokrych onuc oraz zapach potu.

Posłanie krawca mieściło się na górze, na najwyższej pryczy, tuż obok mojego. Wlazł tam pierwszy, nie zdejmując obuwia.

– Zrzuć buty! – mówię do niego – Zwariowałeś, czy co? Z mokrymi butami włazisz do łóżka?

– Przestań gadać, – odpowiada mi bezczelnie i dorzuca jeszcze słówko na temat mądrości milczenia.

Milknę i czekam. Wszyscy już śpią. Krawiec włazi pod brudny koc, a ja słyszę, jak zdejmuje buty.

– Przykryj się! – mówi i podaje mi pod kocem coś długiego, śliskiego i śmierdzącego.

– Nie wąchaj, – szepcze mój przyjaciel – to nie jest do wąchania. Omal nie przypłaciłem tego życiem, a ten sobie teraz wącha. To są kalorie, żryj i niech ci idzie na zdrowie. I jak kiedyś z Bożą pomocą wrócimy do miasteczka, nie gadaj, że byłem świnią. Jedz. To ryba, szkoda czasu. Do rana nie może zostać po niej żaden ślad.

Zaczęliśmy jeść. Mój przyjaciel miał rację. Ryba była smaczna, a smród nie przeszkadzał. Jedliśmy całą noc, jedynie od czasu do czasu złaziliśmy do beczki. Najpierw piliśmy kwaterką, a potem prosto z wiadra. Gdy już uwinęliśmy się z ostatnią odrobinką ryby, zawinąłem ości i głowy w chusteczkę, nakryłem się kocem i poszedłem wyrzucić wszystko do latryny.

Wypadało, abyśmy jeszcze choć trochę się zdrzemnęli, ale męczyło nas ogromne pragnienie, piliśmy więc nieustannie. Brzuchy nasze szybko zaczęły przypominać łona ciężarnych kobiet. Jeszcze chwila, a pękną. Już czułem jakieś kłucie w środku i wydawało mi się, że nadchodzi mój koniec. Krawiec miał się jeszcze gorzej. Dokuczały mu nogi pokłute ościami i wypalone solną bryją.

Zbliżał się czas pobudki, „padiomu” – jak mawiano w obozowym języku. Leżeliśmy ledwo żywi. Wiadra wody krążyły w brzuchach, bulgocząc na cały barak. Kilku więźniów obudziło się nawet z tego powodu, ale posłuchawszy przez chwilę, znowu zasnęli.

Rankiem wybuchła prawdziwa awantura. Strażnicy wpadli do baraku straszliwie przeklinając i zaczęli przeszukanie. Przejrzeli prycze, rozrzucili nasz skromny majątek, a nas rozebrali do rosołu.

– Przecież gdzieś tu muszą być! – krzyczał magazynier – Dwie takie wielkie ryby trzeba by jeść cały tydzień!

Miał racje, ale ryb po prostu nie było, znikły i koniec. Krawiec i ja staliśmy cicho. Co nas obchodziła cała ta historia? Ziewaliśmy i cierpieliśmy przez nasze napuchnięte brzuchy.

Nagle – nie uwierzycie – nagle przyniesiono z biura komendanta worek z prowiantem, który nasz niegdysiejszy naczelnik, ten, co to kazał nam wciągać kloce aż do nieba, otrzymał od swojej żony. Gdy wyrzucono wszystkie rzeczy, z worka na ziemię wypadły dwie duże, solone głowy rybne, gapiąc się na nas martwymi oczami.

Więźniowie i strażnicy stali przez chwilę w osłupieniu. Potem nagle wszyscy zaczęli się przekrzykiwać chcąc rozerwać właściciela tych dwóch rybich łbów. Komendant ledwo uratował mu życie, rozkazując zabrać go do karceru. Karcer ów był wykuty w lodzie, tak więc nawet gdyby aresztant spędził w nim ze sto lat, nie zepsułby się na żadne skarby.

Wypuszczono go następnego dnia rano, ale to już nie był ten sam człowiek. Skurczył się i wychudł, a nawet przestał mówić. Zgrzytał jedynie zębami. Komendant napisał list do jego żony, informując, że na pół roku mężowi odebrano prawo otrzymywania paczek z domu.

Po tej historii długi czas chodziłem jak struty.

– Co z tobą? – pyta mnie krawiec – Łazisz tak, jakby zatonął ci statek ze śledziami.

– Nie wiem, – odpowiadam mu – przecież każdy ma sumienie. Żal mi tego skurwysyna. Zżarliśmy ryby, a on prawie nie zdechł w tym karcerze. Może pójdę do komendanta i przyznam się…

– Idioto! – wrzasnął na mnie krawiec – Przede wszystkim mamy z nim stare porachunki. Zapomniałeś już, jak kazał nam wciągać pniaki aż do samego nieba? Poza tym widzisz przecież, że to sprawka Pana Boga, a człowiek nie powinien sprzeciwiać się bożej woli, zrozumiałeś?

Zrozumiałem.

 

Z jidysz przełożyła Magdalena Ruta

[1] Tytuł oryginału A majse wegn gots nisim, [w:] Wu szmeterlingn szwebn [Gdzie fruwają motyle], Jerozolima 1981, s. 105-117.