Kalman Segal, „Uliczka”

Kalman Segal

Uliczka[1]

Szymonowi Halkinowi z wyrazami miłości

 

Tę jerozolimską uliczkę za murami wybudowano pewnie ze sto lat temu. I zanim przybyłem tutaj po raz pierwszy, przeczułem ją i dokładnie sobie wymyśliłem: jej kamienne, żółto-złociste parterowe domki, jej ubogą skromność, donice z kwiatami na parapetach okien i nawet wielką ciszą, która tutaj panuje – ciszę, która działa jak balsam na moją duszę.

Wszystko to sobie wymyśliłem i dopiero później odnalazłem tę uliczkę. A gdy już znalazłem, od razu ją rozpoznałem i ucieszyłem się jak człowiek, który po długiej tułaczce odnajduje dom, w którym kiedyś mieszkał.

Ta uliczka ma swoją nazwę, lecz ja nie lubię posługiwać się nazwami. Nazwa służy innym, obcym ludziom, nie mnie. Również numery… Dla mnie ta zaczarowana jerozolimska uliczka jest miejscem, które kiedyś pobłogosławił dobry anioł, by zawsze świeciło tutaj słońce i by zawsze mieszkali tutaj prości Żydzi, których można kochać. Tacy, którzy nie zamykają drzwi na noc, a ich domy są zawsze otwarte, ponieważ nie obawiają się nikogo.

O uroku tej uliczki nie wiedzą jeszcze zagraniczni turyści, którzy odwiedzają Jerozolimę. I to jest, być może, jeden z powodów, dla których nie wymieniam jej nazwy. Cieszę się, że nie przychodzą tutaj obcy ludzie, ponieważ nie jestem pewien, czy dostrzegliby w niej to, co ja widzę. Trzeba być znawcą tego rodzaju piękna, aby je dostrzec, trzeba kochać.

Gdy przybyłem tu po raz pierwszy, akurat był czwartek, a na żydowskiej uliczce zamieszkanej przez starych ludzie, którzy przestrzegają starych dobrych obyczajów, już w czwartek zaczyna się gotowanie i pieczenie, sprzątanie i pranie na szabes. Jedynie koneser pozna się na zapachach, które wydobywają się wówczas z otwartych okien. Są one kompozycją przeszłości, wspomnień i nadchodzącego wieczoru szabasowego. Te zapachy ubogich, lecz królewskich potraw budzą w sercu tęsknotę do kobiecych dłoni, które je szykują. Widzę te spracowane czułe palce. Kto mówi, mamo, że nie żyjesz? Ukaż mi swą jasną twarz: pewnego dnia i tak dotrę tam, gdzie teraz jesteś i znowu cię ujrzę. Może już jutro? Teraz jednak nie wiem, w którym oknie cię szukać, za czyimi ubogimi firankami.

Tak tu dobrze. Tak cicho. Ta cisza podobna jest do wielkiej symfonii. Cóż to za paradoks! Trzeba nauczyć się jej słuchać. Cisza szumi tu jak morze, które tak wspaniale koi duszę. Nie sądźcie, że jestem szalony, chociaż nie jest to wykluczone.

Nagle w tej ciszy rozbrzmiewa głos, samotny głos, jakby odezwał się solista tej symfonii. Znajduje się tu tysiąc instrumentów, lecz wszystkie milczą, a brzmi jedynie ten samotny, nastrojowy głos. Słucham go, wzywa mnie, prowadzi ku sobie. Poznaję go. Tylko ja go słyszę. Chodź, mój synu, – woła – chodź. Jak dobrze, moje dziecko, że się odnaleźliśmy.

Moje dziecko?

Wchodzę do małej bóżnicy. On siedzi przy stole nad otwartą księgą, podnosi wzrok, patrzy na mnie przez owalne, staromodne szkiełka okularów, oprawione w krzywy kawałek zwykłego drutu. Słyszę jego głos, znam jego głos. Nie zapomniałem. Nie zapomina się tego, co się kocha. Towarzyszy memu sercu od zaledwie czterdziestu lat, zaledwie czterdzieści lat żyje już tylko we mnie i w nikim innym, ani nigdzie poza mną.

Oczy moje zachodzą mgłą, próbuję opanować wzruszenie. W gardle czuję dziwne pulsowanie. Usiłuję je uciszyć. To przecież nic więcej niż chwila wzruszenia. Nie więcej niż chwila.

Pomieszczenie nie jest duże. Dwa, trzy stoły, ławki przy stołach, ławki pod ścianami. Kwadratowa słoneczna plama rozjaśnia błękitny parochet, ozdobiony srebrnymi gwiazdami.

Żyd w okularach mojego ojca na nosie, Żyd z ciemną brodą mojego ojca – milczy, spogląda na mnie pytająco, z oczekiwaniem. Jeszcze mnie nie poznał. Jest starcem, jego wiekowa mądrość, jego doświadczenie wypisane są na pokrytej zmarszczkami brązowej twarzy. Wpatruję się w tę twarz jak w lustro. Czy ja również będę tak kiedyś wyglądał? Czy już dziś tak wyglądam? Szepczę: Odsłoń przede mną swoją tajemnicę, powiedz mi, kim jesteś, powiedz, że jesteś tym, kogo szukam – powiedz, że jesteś moim ojcem. Uwierzę ci. Uwierzę słodkiej melodii tego słowa. Kiedyś i moje dzieci będą szukać śladów ojca na uliczkach Jerozolimy. Uwierzę, że jesteś moim ojcem, choć przecież wiem, choć przecież pamiętam, że zostałeś tam, pomiędzy oblodzonymi kamieniami Syberii.

Powiedz mi, stary człowieku, że jesteś moim ojcem. Padnę do twoich zniszczonych dłoni, by je ucałować. – Długie palce starego Żyda lekko drżą ze starości. Drżą ze zmęczenia. Chcę poczuć ich drżenie na moich wilgotnych oczach, na policzkach, ustach.

– Dlaczego płaczesz? – pyta – Co cię boli?

Zapomniałem, że trzymam w dłoni okulary. Szybko zakrywam nimi oczy.

– Oczy są oknami duszy. Nie przeszkadzaj, gdy serce chce się przez nie oczyścić. Zaraz będzie ci lżej…

Odwracam się od niego. Nie powinienem mnie widzieć w chwili słabości. Zbliżam się już opanowany. Czuję zapach starości – starych ksiąg. Dotykam czołem skórzanych, podartych już okładek Chumeszu. Pięcioksięgu mojego ojca. Słyszę, jak śpiewa swoje Mercha tipcha munach esnachta. Nic poza tym do mnie nie dociera.

Żyd, który tu był, zniknął. Ojciec czyta fragment Tory. Jest sobotni ranek, a on  siedzi przy otwartym oknie. Słuchają go jaskółki przysiadłe na drutach telefonicznych jak nutki na liniach partytury.

Żyd powrócił. Dalej stoję wspierając czoło o skórzane grzbiety ksiąg, podobnych jak bracia do ksiąg tamtych, które kiedyś, 50 lat temu, żyły na stole mojego ojca.

– Ile masz lat, tato? Już wkrótce cię dogonię. Już niedługo. Jeszcze trochę. Być może spotkamy się gdzieś tam…

Żyd trzyma dłoń na moim ramieniu.

Szew, jadidi. Usiądź przyjacielu. – Mówi.

Dopiero teraz dostrzegam, że jest Sefardyjczykiem. Prawdopodobnie pochodzi z Jemenu. Lubię sefardyjskich Żydów.

Siadam naprzeciw niego. On wyjmuje z lnianej chusteczki wielkie czerwone jabłko. Częstuje mnie. Biorę jabłko i całuję jego lśniącą skórkę – jak fetysz. Czuję zapach ojcowskiego sadu.

– Jutro jest piątek – mówi jemeński Żyd – Przyjdź do mnie, zasiądź przy moim szabasowym stole. Rozmawiałem właśnie ze swoją żoną. Zapraszamy cię.

Ocieram łzy rękawem koszuli i kieruję się ku drzwiom.

– Przyjdziesz? Mieszkam tutaj, naprzeciwko.

Przystaję na chwilę. Chwytam jego dłoń i głaszczę jego cienkie kręcone pejsy. Całuję jego czoło.

– Dziękuję ci, ale nie przyjdę.

– Przyjdź, lubimy ludzi. Sprawisz radość wszystkim domownikom. Herej achim anachnu. Przecież jesteśmy braćmi.

– I ja was lubię! I dlatego nie mogę przyjść. Boję się, że serce tego nie wytrzyma.

Jestem już na zewnątrz, na słonecznej cichej uliczce. Starzec stoi na progu małej bóżnicy. Gdy zdejmuje okulary, dostrzegam iskrę rozczarowania w jego oczach i na jego twarzy.

Dlaczego odmówiłem?

– Proszę, nie gniewaj się na mnie nie. – mówię – Może przyjdę.

I jeszcze dodaję: – Przyjdę z pewnością.

 

Z jidysz tłumaczyła Magdalena Ruta

[1] Tytuł oryginału Dos gesl, [w:] Wu szmeterling szwebn [Tam, gdzie fruwają motyle], Jerozolima 1981, s. 250-254.